DZIŚ I JUTRO

Coś we mnie dziś umarło. Przychodzi taki czas gdy człowiek dociera do kresu emocjonalnych i fizycznych możliwości. Dawno już nie czułem się tak samotny jak dziś. Światło mojej własnej morskiej latarni zgasło. Ten nikły ognik żaru jaki się we mnie tlił zgasł a ja nie mam już ochoty go zapalać na nowo. Nie mam już siły dłużej walczyć. Nie chce, nie potrafię. 

Każdy zły ogień jaki nas trawi od środka wcześniej czy później się wypali. We mnie już nie ma się co palić. Popiół się nie pali. Trzeba zakasać rękawy, wymieść popiół i spróbować wybudować coś nowego. Dla siebie samego… tylko dla siebie samego. Przeszłość minęła, to są popioły przeszłości. Zrobię coś by samemu ze sobą czuć się dobrze, bo tu gdzie jestem mam tylko siebie. Nie będzie już płakania w poduszkę, zaciskania zębów i smutku. Nie ma nic. Nie ma nadziei. Nawet ból jest jakby mniejszy. Ząb przestaje boleć bo nie ma nerwu i miazgi.

Jest tylko dziś i jutro… jutro będzie tak samo. Przeżyć dwa dni – od świtu do zmierzchu. Przyjdzie noc i przyniesie ukojenie. Nie ma poniedziałku, wtorku, środy… Jest tylko dziś i jutro.  

MAM DOŚĆ

Ile może znieść człowiek? Mam coraz bardziej wszystkiego dosyć. To nie jest życie – to nędzna i marna wegetacja. Ile lat tak można? Mam już tak kurwa wszystkiego dosyć, że to się w pale nie mieści. Jest mi smutno i źle i jestem z tym wszystkim sam. Tak bardzo bym chciał żeby to wszystko się w końcu skończyło.

KACZKA

Obudziłem się dziś z myślą, że nie chce się więcej notorycznie smucić i rozpaczać nad swoim losem. Jest jak jest bo takie jest życie, nie na wszystko mam wpływ. Wiem, że już kiedyś o tym pisałem, ale dobrze jest raz na jakiś czas sobie przypomnieć taką myśl.

Udało mi się przetrwać najazd Brygady RR lepiej niż myślałem. Duży plus, że obyło się bez większych nerwów i spięć. Mimo, że są kwestie, takie jak matka, których nie przeskoczę, ale trudno. Trzeba żyć dalej. Są na świecie gorsze kataklizmy niż nieprzystosowana do życia matka.

Refleksja: Kiedy patrzę na to jak babcia traktuje matkę coraz mniej dziwię się temu, że matka jest jaka jest. Babcia została wdową bardzo młodo. Szok, trudy życia itp – to zmienia. Źle jeśli odciska się na dzieciach. Na mojej matce odcisnęło się to bardzo źle (choć na jej siostrze sporo mniej aż prawie wcale). Moja matka wcześnie została rozwódką, co odcisnęło się na mnie bardzo źle. Też nie wyszło mi w życiu bo żona mnie zostawiła, ale ja przynajmniej coś z faktem chce zrobić – chodzę na terapie. Ja wiem, że kiedyś były inne czasy, ale nie zmienia to faktu, że coś z sobą trzeba zrobić. Zawsze trzeba ratować siebie zwłaszcza po to by nie pociągnąć w dół najbardziej bezbronnych – czyli dzieci. Matka nie robiąc z sobą nic zrobiła krzywdę przede wszystkim mi. Ja nie chce tak skrzywdzić Juniora.
 

B jak BURDEL

Burdel to jedyne określenie jakie przychodzi mi na myśl kiedy patrzę na sytuacje w Fabryce. Kierownictwo nad niczym nie panuje a Dywersantka podkłada świnie komu tylko może. Sytuacja robi się nie do zniesienia.

Poza tym ostatnich kilka dni było bardzo wyczerpujących mentalnie. Byłem wypompowany a do przodu jechałem siła inercji. Jakiś czas temu postanowiłem brać się z życiem za bary więc nie biadolę jak mi źle. Choć teraz mam wrażenie, że przeginam w drugą stronę. Jestem na etapie szukania złotego środka i pomysłu jak tu wszystko ogarnąć żeby było tip top.

Rzuciłem się trochę w wir pracy by nie myśleć o życiu. Jak na razie się sprawdza bo o tym życiu nie mam czasu i siły myśleć. Z jednej strony to dobrze bo nie rozmieniam się na drobne a z drugiej strony nie jestem przekonany by było to do końca rozsądne postępowanie.
Reasumując czasami czuje się jak człowiek, który ma gorączkę, ale idzie do przodu bo jeszcze daje radę bo inni i tak mają gorzej.
08:16

Burdel to jedyne określenie jakie przychodzi mi na myśl,kiedy patrzę na sytuacje w Fabryce. Kierownictwo nad niczym nie panuje, a Dywersantka podkłada świnie komu tylko może. Sytuacja robi się nie do zniesienia.

Poza tym ostatnich kilka dni było bardzo wyczerpujących mentalnie. Byłem wypompowany, a do przodu jechałem siła inercji. Jakiś czas temu postanowiłem brać się z życiem za bary,więc nie biadolę jak mi źle. Choć teraz mam wrażenie, że przeginam w drugą stronę. Jestem na etapie szukania złotego środka i pomysłu jak tu wszystko ogarnąć żeby było tip top.

Rzuciłem się trochę w wir pracy,by nie myśleć o życiu. Jak na razie się sprawdza, bo o tym życiu nie mam czasu i siły myśleć. Z jednej strony to dobrze, ponieważ nie rozmieniam się na drobne, a z drugiej strony nie jestem przekonany by było to do końca rozsądne postępowanie.
Reasumując – czasami czuje się jak człowiek, który ma gorączkę ale idzie do przodu, bo jeszcze daje radę bo inni i tak mają gorzej.

TAKA MYŚL

„Co nas nie zabije to nam zrobi na dupie siniaka.”

Dochodzę do wniosku, że do przeciwności losu trzeba wypiąć się dupą. Kopniak w tyłek nie boli tak bardzo jak kop w jaja więc to i tak plus na wszelki wypadek. Ma to też swoją symbolikę bo pokazuje gdzie się ma przeciwności losu.

Jak ja się cieszę, że udało mi się w końcu przestać biadolić nad moim losem. Niedługo pojawi się wpis na ten temat. Patrzę inaczej na świat, na siebie i na innych. Teraz trzymam w walce z losem mocno gardę przed sobą. Może i oberwę w pysk, ale nie zapomnę o swoim lewym sierpowym.

Życie to tylko pojebany dentysta – boruje bo od tego jest dentystą. Każdy ból się kiedyś kończy a ja nie jestem taki słaby jak myślałem. Gdybym był słaby już dawno bym nie żył a jeszcze żyję.

Każdy z nas ma swoje problemy – większe lub mniejsze – moje wcale nie są takie wyjątkowe. Mam do zrobienia w swoim życiu porządek – jest co sprzątać, ale samo się nie zrobi. Sporo uprzątnąłem – zostało już tylko trochę.

NA KAMIENIU

Czuje się wyciszony, choć nie znam przyczyn takiego stanu rzeczy. Nie zastanawiam się nad tym… ot, tylko głośno myślę. Potrzebowałem takiego stanu od dawna a nie udawało mi się go osiągnąć.

Na moim kamieniu jest mi dobrze. Na wiele rzeczy patrzę inaczej niż wcześniej; samotność, tęsknota, chata – wszystko to jest jakieś inne. Z butów w których szedłem drogą życia wypadł mi jakiś kamyk. Zdarzają się smutne chwile, ale nie trwają już kilku dni czy tygodni a jak na razie kilka godzin. Dobre i tyle:)

WARZYWNIAK

Życie jest wędrówką. Przez większą część swojego życia biegłem próbując znaleźć miłość w formie szczęśliwego związku z kobietą akceptująca mnie takiego jakim jestem i obdarzającą uczuciem zarezerwowanym dla tej jednej jedynej osoby wraz ze wszystkim co się z tym wiąże. Oczywiście ową kobietę obdarzyłbym tym wszystkim z wzajemnością.

Im bardziej pragnąłem tej miłości tym w większe bagno wpadałem. Kulminacją tego było władowanie się w beznadziejnie bezsensowne małżeństwo. A wszystko z pragnienia miłości. Kiedy pomyślę sobie o swojej bezdennej głupocie i naiwności jaką się wtedy kierowałem mam chęć sam siebie zdzielić po pysku…, ale wtedy to było wtedy a teraz jest teraz. Przeszłości już nie zmienię, ale na przyszłość mam jeszcze jakiś wpływ i nie mam zamiaru zmarnować już ani jednego dnia. 

Teraz na drodze życia siedzę na kamieniu i odpoczywam bo jestem bardzo zmęczony. Potrzeba miłości była moją heroiną. Byłem uzależniony. Nie myślałem logicznie. Byłem na głodzie. Jeszcze trochę a umarłbym z żalu we śnie. Teraz czuję jakbym trzeźwiał bo nieco trzeźwiej patrzę na to wszystko. Kiedy zrozumiałem, że moje małżeństwo było pomyłką popadłem w depresje. Straciłem wszelką wiarę w to, że los może się odmienić. Dni wlokły się jak tygodnie, tygodnie jak miesiące a miesiące jak lata. Wytchnienie dawała praca i sen o ile udawało mi się zasnąć. Czułem się jak w więzieniu. Czekałem już tylko na śmierć. 

Decyzja o ślubie była najgorszą w życiu – decyzja o rozwodzie najlepszą. Oczywiście zostawiałem wszystko na co pracowałem ciężko. Porzuciłem miejsce, które miało być moim domem; moje rzeczy; resztki nadziei – wszystko… Ale wiedziałem, że ratuje życie a musiałem je ratować bo miałem dla kogo żyć i nadal mam. 

Od zawsze uważałem rozwód za życiową porażkę. Teraz jednak wiem, że przesadzałem. Wygrałem życie od nowa. Teraz lepiej śpię, lepiej się czuję. Czas ruszył a wcześniej tak jak w piekle stał w miejscu. Wspomnienia tego terroru zacierają się w pamięci, wiem, że nie znikną nigdy do cna, ale czuję, że z każdym miesiącem pamiętam mniej a to bardzo mnie cieszy.

Mimo wniesienia sprawy o rozwód; mimo wydostania się z rąk oprawcy jakim była moja żona przez miesiące taszczyłem ze sobą na łańcuchu ołowianą kulę złych doświadczeń; wszystkich bzdur jakie przez lata wmawiał mi żona. Na swojej drodze spotkałem wspaniałego człowieka, który uwolnił mnie od przeszłości. To w jej oczach zobaczyłem siebie od nowa „bo wszystko w życiu zależy od tego jakich ludzi spotkamy”. Dużo pracy mam przed sobą. Nic nie jest dane raz na zawsze, ale doświadczyłem dobra przez wielkie D, i miłości przez wielkie M. Dlatego właśnie uważam, że jestem szczęśliwy.  

 

MARAZM PRZEMIESZANY Z OBOJĘTNOŚCIĄ

Dziś dopadł mnie marazm, czuje się zmierzły. Przy okazji poczułem się zaskoczony. Po pierwsze tym, że mój obecny „dołek” jest raczej płytki. Nie czuje wewnętrznie rozpaczy i nie jestem rozdygotany jak zawsze. Gdybym miał konkretnej określić swój stan nazwałbym go „obojętnością”. 

Kiedy dziś zobaczyłem swoją twarz w lustrze to zwyczajnie wzruszyłem ramionami. Jest jaka jest inna nie będzie. Czuję się tak jakbym przyzwyczajał się do siebie a co najważniejsze to odczuwam mniejszy pressing na związek. Jest mi lżej z samym sobą. Całą swoją sytuacje na dzień dzisiejszy traktuje jako coś co być może kiedyś minie a jak nie to trudno. Mimo wszystko odczuwam pozytywne emocje. Ten wpis jest ważny bo pisząc go zrozumiałem, że nie czuje się wcale tak źle jak myślałem.  

DOBRA ZMIANA

Zmiana podejścia do samotności przyniosła lepsze efekty niż się spodziewałem. Zmiana spojrzenia na samego siebie też. Oczywiście są to początki tfuu dobrej zmiany;), ale warto podjąć ten trud – przynajmniej będę miał świadomość, że spróbowałem.